|
Przedstawiamy wojenną historię naszej najbliższej okolicy
.
Praca powstała w ramach realizacji zadania przedrajdowego na Rajd Arsenał.
O pamięci...
Niektórzy uważają, że pamięć to coś najpiękniejszego, najcenniejszego w życiu, że to prawdziwy skarb...
{mos_fb_discuss:21}
O pamięci...
Niektórzy uważają, że pamięć to coś najpiękniejszego, najcenniejszego w życiu, że to prawdziwy skarb:
Wspomnienia są jedynym rajem, z którego nie można nas wygnać.
Jean Paul Friedrich Richter
Szczęśliwe wspomnienie jest może na ziemi prawdziwsze od samego szczęścia.
Alfred de Musset
Inni w pamięci widzą ograniczenie, zamknięcie się w przeszłości, bardziej cenią zapomnienie:
Nic tak nie rani, jak odłamki wspomnień.
Zapomnienie jest higieną mózgu.
Antoni Słonimski
Może najrozsądniej byłoby powiedzieć, że pamięć bywa i jednym, i drugim jednocześnie, i skarbem, i przekleństwem:
Pamięć może być rajem, z którego nie można nas wygnać, a może być piekłem z którego nie można uciec.
John L. Spalding
Pamięć jest darem, ale bywa przekleństwem.
Z wojennymi wspomnieniami jest podobnie – czasem wywołują grozę, przejmujący smutek, przypominają tragedię wojny, czy utratę ukochanych osób. Ale czasem wywołują z pamieci piękne chwile młodzieńczych zauroczeń, dziecięcych zabaw, wspaniałych wakacji. A dla ludzi, którzy nie przeżyli tego, co starsi, wspomnienia są czymś bardzo cennym, są niesamowitą skarbnicą, przecież:
Przeżyte chwile nie giną. Nie wiemy nigdy, kiedy wypłyną z dalekiej przeszłości, by nałożyć się na to, co przeżywamy obecnie.
Larysa Mitzner
Te dawne chwile, na przykład te z czasów wojny, która przecież była najważniejszym dla naszego narodu i dla całej Europy wydarzeniem ubiegłego wieku, też powracają w naszym dzisiejszym życiu, odciskają na nim swoje piętno. Dlatego powinniśmy starać się poznać dawne czasy, zrozumieć tamtych ludzi, odkryć ich motywacje, to co oni o tym myśleli, bo:
Pokolenie, które ignoruje historię, nie ma przeszłości - ani przyszłości.
Robert Heinlein
==================================================================
Reportaż pisany wywiadem
Skarby pamięci
Tadeusz Siennicki (ur. 1935)
Dorośli
zbierali ziemniaki, był początek września, piękna pogoda, leżałem z
kolegą w ziemniaczanych redlinach i wpatrywałem się w niebo. Nie mogłem
pomagać, byłem małym dzieckiem, czekałem tylko na ognisko i na pyszne
upieczone ziemniaki. Na niebie pojawiły się 2 małe samolociki, pięknie
błyszczały z daleka. Zachwyciłem się nimi, tak ładnie wyglądały w
słońcu. Chwilę później okazało się, że to nie zabawki. Małe samolociki
zrzuciły w okolice stacji kolejowej w Płochocinie dużą bombę. Była to
na szczęście jedyna bomba, jaka spadła w okolicy w czasie okupacji.
Tak
zaczynają się wojenne wspomnienia pana Tadeusza Siennickiego.
Wspomnienia małego chłopca, który wojnę widział trochę jak zabawę.
Który razem z kolegami obserwował niebo wypatrując na nim błyszczących
samolotów i ścigając się, kto pierwszy zobaczy taki z największą liczbą
silników (najwięcej, bo cztery, miały wielkie samoloty amerykańskie,
które w 1944 r. zrzucały pomoc dla walczących w Warszawie powstańców).
Samoloty zresztą wiele razy pojawiają się w tych wspomnieniach.
Pamiętam,
jak zestrzelony został angielski samolot, było do podczas dywanowych
nalotów angielsko-amerykańskich z pomocą dla walczącej Warszawy,
zginęło dwóch lotników, pochowano ich w małej mogiłce gdzieś przy
drodze do Rokitna. Mogiłę ekshumowano późno, dopiero w latach 60.
Latem,
już pod koniec wojny ulubioną zabawą moją i moich kolegów było
obserwowanie radzieckich samolotów. Wiedzieliśmy, że codziennie nad
osadą przelatują po dwa takie samoloty. Leciały tuż nad dachami domów,
huk był niesamowity. Piloci prowadzili chyba jakąś obserwację.
Wiedzieli o tym też Niemcy. Postanowili ich unieszkodliwić. Ukryli się
ze swoimi działkami pomiędzy wagonami stojącymi na stacji w Płochocinie
i ostrzeliwali samoloty. My leżeliśmy w kopie siana, która stała blisko
stacji. Ze spokojem i wielkim zaciekawieniem obserwowaliśmy to, co się
działo. Nie było w nas strachu, a przecież jakieś odłamki mogły spaść
na siano i je zapalić. Byliśmy tak zafascynowani fruwającymi w
powietrzu pociskami i samolotami tam wysoko w górze, że nie myśleliśmy
o niebezpieczeństwie. Byliśmy trochę głupi i trochę naiwni, ale przede
wszystkim byliśmy dziećmi, które nie wszystko rozumiały i po prostu
chciały się bawić.
Mały
chłopiec niechętnie chodził do szkoły, chociaż był jednym z nielicznych
dzieci, które w ogóle miały taką możliwość. Niemcy zabronili posyłania
dzieci do szkoły, dawny szkolny budynek (wybudowany w 1905 r.)
częściowo przejęli dla swoich własnych celów, a na jego piętrze były
zwykłe mieszkania. Tam właśnie mieszkały dawne nauczycielki, dwie
siostry. Do nich mały Tadzio chodził na tajne lekcje z kilkorgiem
innych dzieci. W szkole po wojnie przez te okupacyjne zakazy zapanował
straszny chaos – w drugiej klasie znajdowali się nawet
siedemnastolatkowie.
Czasy
okupacyjne oczywiście były trudne, ale akurat na naszym terenie życie
nie było aż tak bardzo uciążliwe. Mówiło się, że żyło się jak w
„Kanadzie”. Od połowy lat 60. XIX w. w Józefowie działała
cukrownia, założona w przez braci Janaszów i bank Leona Goldstenda.
Była jednym z najnowocześniejszych zakładów w Polsce i na świecie (tzw.
cukrownia dyfuzyjna). Od 1881 r. posiadała elektryczne oświetlenie,
jako jeden z pierwszych zakładów w Europie. Cukier i cukrownia były
bardzo ważne dla mieszkańców. Właściwie wokół cukrowni powstało
miasteczko. Dzisiejsze przedszkole i otaczający je park (dziś mały i
skromny, a kiedyś bardzo piękny) były siedzibą dyrektora cukrowni.
Dookoła fabryki powstały budynki-mieszkania pracowników. Okazalsze dla
wyższych urzędników, mniej reprezentacyjne dla zwykłych robotników.
Budynki istnieją do dzisiaj, ale niewiele pozostało z ich dawnej
świetności. Tak się szczęśliwie złożyło, że kolejni właściciele dbali o
okolicę, o swoich pracowników i ich rodziny, także w czasie wojny.
Cukier
był właściwie towarem płatniczym. Można go było wymienić na inne
pożyteczne w tym czasie towary, głównie na jedzenie. Jako mały chłopak
biegałem z kolegami na bocznice kolejowe przy fabryce, wypatrywaliśmy
pociągów z workami pełnymi cukru, rozpruwaliśmy worki i łapaliśmy
najczęściej w czapki sypiący się cukier, nie można go było przenosić w
większych pojemnikach, bo byłoby to podejrzane. Był to rodzaj dywersji,
bo przy okazji niszczyło się towar przygotowany do wywozu na front, czy
do Niemiec. Cukrownia była pod niemiecką kontrolą.
Pierwszy
okupacyjny niemiecki dyrektor fabryki nazywał się Fisher i był
porządnym człowiekiem. Chronił ludzi, kiedy tylko dowiedział się o
planowanej przez stacjonujące we wsi wojska łapance czy kontroli,
wyjeżdżał żołnierzom naprzeciw i najczęściej udawało mu się ich
przekonać cukrem lub pieniędzmi.
Wcześniej
właściciele cukrowni zapewnili pracownikom tzw. prawa cukrowniane,
pewnego rodzaju przywileje. Każdy pracownik miał krowę, która
przebywała w fabrycznej oborze, tam ją karmiono, jedynie dojenie
należało do obowiązków żon robotników, dostawał także prosiaka oraz
kawałek pola pod ziemniaki i kapustę. W czasie okupacji plony i
zwierzęta trzeba było oddawać Niemcom w ramach kontyngentów. Ludzie
jednak mieli swoje sposoby – prosiakom podmieniano kolczyki, które były
oznakowaniem ich wieku. W ten sposób świnie wolniej osiągały wiek, w
którym trzeba było oddać je na mięso. Przywileje, ustanowione jeszcze
przed wojną, częściowo utrzymały się także w czasie okupacji. Ten
przydomek „Kanada”, jaki przylgnął do naszej miejscowości, ściągnął tu
ludzi z innych części kraju, z tych, w których sytuacja była
trudniejsza, także z Warszawy.
Niemcy,
którzy przebywali w naszej miejscowości w czasie okupacji, to żołnierze
i kolejni dyrektorzy cukrowni. Pan Tadeusz zapamiętał ich w większości
jako porządnych ludzi. Nawet żołnierze, tropiący wszelkie
nieprawidłowości i wyławiający ludzi, którzy na przykład nie mieli
odpowiednich dokumentów, nie byli tak do końca źli, a już na pewno nie
brutalni czy sadystyczni. Wysocy, pięknie ubrani żołnierze imponowali
małemu chłopcu, który z zaciekawieniem obserwował na przykład niemiecką
defiladę. Miała ona miejsce na samym początku okupacji. Mały Tadzio
zapamiętał stukot pięknych wojskowych butów na brukowanej ulicy
prowadzącej do fabryki.
To,
że Józefów był nazywany „Kanadą” i uważany za dość bezpieczne miejsce,
wcale nie znaczy, że wszystko tu było dozwolone i łatwe. Jeżeli ktoś
nie miał zaświadczenia o pracy w jakiejś fabryce działającej na korzyść
Niemców musiał się ukrywać i obawiać łapanki czy niemieckiej
„kontroli”. Po takich najściach można było trafić na roboty do Niemiec
lub do obozu. Ten problem dotyczył wujka małego Tadeusza. Bardzo
niebezpieczne było także wszelkie organizowanie się w jakieś grupy
oporu. W Józefowie byli ludzie, którzy tworzyli struktury AK w
miasteczku. Później chcieli się dostać do ogarniętej powstaniem
Warszawy, ale było to niemożliwe. Niemcy bardzo dokładnie odcinali
wszystkie ewentualne drogi, z których mogły do stolicy dotrzeć posiłki.
Mieszkałem
z ojcem i wujkiem w budynku, w którym dziś jest magiel. Ojciec pracował
w cukrowni i miał wszystkie wymagane przez Niemców dokumenty, ale nie
miał ich wujek. Łapanki i niemieckie kontrole nie były wcale takie
rzadkie, trzeba było wymyślić dla wujka jakąś kryjówkę. Nie było to
takie proste, ale w końcu znaleźliśmy sposób. W przedpokoju stała
wielka, ciężka szafa. Dom, w którym mieszkaliśmy nie był podpiwniczony,
drewniana podłoga była położona bezpośrednio na ziemi. Przesunęliśmy
szafę, w okolicy mieszkało kilku stolarzy, jeden z nich wyciął dla nas
bardzo ładnie, tak że nic nie było widać, dziurę w podłodze, pod spodem
wykopaliśmy głęboką na 1,5 m dziurę w ziemi. Problemem było to, że
wykopanej ziemi nie można było tak po prostu wywieźć i wyrzucić w jedno
miejsce. Biegałem z tą ziemią w różne miejsca, wynosiłem ją w czapce,
żeby nikt się nie domyślił. Kryjówkę wyłożyliśmy papą, nie była może
zbyt duża i wygodna, ale dało się w niej bez problemu przeczekać
rewizję.
Inna
kryjówka zlokalizowana była na strychu nad urządzeniami magla. Wysoko,
nad wielkim kotłem inny stolarz wyciął bardzo sprytnie klapę w deskach
sufitowych. Zrobił to tak dobrze, że w ogóle nie było tego widać. Tam
na zebraniach spotykali się młodzi ludzie tworzący komórkę AK.
Pan
Tadeusz w czasie wojny był małym dzieckiem – kiedy się zaczęła miał 4
lata, kiedy się skończyła – 10. W pamięci zachował jednak wiele
szczegółów, sytuacji, osób. Zapamiętał żółwia, którego hodował w
ogródku. Żółw pochodził z przechwyconego przez dywersantów w Pruszkowie
pociągu. Jechał on z Niemiec do Rosji, był to transport chroniony,
dywersanci spodziewali się jakiegoś szczególnie cennego ładunku.
Okazało się, że pociąg był pełen… żółwi. Nie wiadomo, skąd się tam
wzięły, dlaczego je przewożono i jak jeden z nich trafił do ogródka
małego chłopca z Józefowa. Pan Tadeusz zapamiętał grę w hokeja na
zamarzniętych gliniankach przy lesie, tzw. Olszynie, zapamiętał spacery
po tym lesie. Zapamiętał też śpiewy ukraińskich żołnierzy, którzy
stacjonowali w miasteczku, a wieczorami ich piękne pieśni rozlegały się
po okolicy. Zapamiętał cyrkowe gęsi, których Niemcy ani okoliczni
mieszkańcy nie chcieli zabijać, tak bardzo ich rozśmieszał taniec
ptaków przy muzyce granej z patefonu. Zapamiętał karczmę u sióstr
Przybylskich przy drodze do Rokitna i żydowskie sklepiki naprzeciwko,
gdzie chodziło się na cukierki. Zapamiętał piękne kaligraficzne pismo
buchaltera (dziś nazwalibyśmy go księgowym) z cukrowni i księgi
buchalteryjne, które wyglądały jak dzieła sztuki.
Wspaniale, że to wszystko zapamiętał. Nasza historia jest pamięcią, jest zapisana w
tym notatniku, który zawsze nosimy przy sobie, jakim jest właśnie
pamięć. To niesamowity skarb. Bardzo dobrze, że chociaż częściowo go
odkryliśmy.
Opracowanie:
Kasia Cackowska
{flv}t_siennicki_NEW{/flv}
Wywaid z panem Tadeuszem Siennickim
==================================================================
KOPYTÓW W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ
Miejscowością
wchodzącą do naszego rejonu jest Kopytów. Jest to mała wieś należąca do
gminy Błonie. Kilkuosobowa delegacja naszej drużyny rozmawiała z
obecnym Sołtysem Kopytowa.
Ja
osobiście, jako mieszkanka powyżej wspomnianej wsi, dowiedziałam się
wielu interesujących rzeczy odnośnie miejsca, a dokładnie terenu na
jakim znajduje się mój dom.
Bohater
naszego wywiadu opowiadał nam, że w chwili wybuchu II Wojny Światowej
miał 10,5 roku. Uczył się on w pobliskiej szkole podstawowej, która
znajduje się w Józefowie. Teraz jest ona nazywana przez nas
„współczesnych”- Starą Szkołą. W szkole tej uczyli się uczniowie w
przedziale klas 1-5. Następnie klasa 6. i 7. miały możliwość uczenia
się w niedaleko usytuowanej szkole podstawowej w Święcicach. Pod szkołę
w Józefowie podjeżdżały pojazdy konne, które zabierały starszych
uczniów do Święcic. Kiedy rozpoczęła się wojna, szkoła w Święcicach
została spalona. Uczniowie zostali przeniesieni do prywatnego budynku.
Jednakże kiedy Niemcy przegrali wojnę z Rosjanami „Stara szkoła” została zajęta
przez Niemców. Przeniesiono wtedy wszystkich uczniów do powyższego
budynku, który znajduje się w odległości ok. 500 metrów od Kopytowa.
Dowiedzieliśmy się, że Sołtys Kopytowa jako młodzieniec pomagał w
przewożeniu ławek, krzeseł oraz innych pomocy naukowych z budynku
zajętego przez Niemców.
W
pierwszych dniach wojny odbyła się przy obecnej trasie Warszawa-Poznań
potyczka pojedynczych żołnierzy z wojskami hitlerowskimi. Ich ciała
znajdują się w zbiorowej mogile w Pilaszkowie i na cmentarzu w
Rokitnie.
Wojna
wybuchła 1 września 1939 roku. Pierwsi żołnierze niemieccy zostali
dostrzeżeni przez mieszkańców Kopytowa w dniach 4. i 5. września. Wujek
Sołtysa pracował w Warszawie jako taksówkarz. W dniu wybuchu wojny
przywiózł na teren naszej wsi 8 osób (była to jego rodzina). Kiedy na
początku września było niespokojnie w okolicy, rodzina ta przeniosła
się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie spędziła 3 noce. Po powrocie do
domu, zauważono, że wszelkie zapasy żywnościowe zostały zabrane przez
urzędujących w ich domu Niemców. Podobnie było w innych domach. Na
polu, które wchodziło we własność Sołtysa znajdowało się ogniowe
stanowisko niemieckie. W Kopytowie zostali namierzeni dwaj kolaboranci
niemieccy, którzy zostali przyłapani przez partyzantów. Zostali oni
zwabieni pod jakimś pretekstem do jednej z piwnic. Jeden z Polaków
przeczytał wyrok „W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.....”, natomiast
drugi zabił. Ich ciała zostały zakopane, ale w taki sposób aby nie było
po tym widocznego znaku, z powodu tego iż, gdyby któryś z
Niemców dowiedziałby się o tym, wielu Polaków mogłoby ponieść śmierć i
miejscowość ta zostałaby spalona.
W
czasie wojny można było ujrzeć nadchodzące oddziały niemieckie z
Warszawy w kierunku twierdzy Modlin. Działo się tak, ponieważ Warszawa
już upadła, a twierdza nadal się broniła.
Dzięki
rozmowie z panem Sołtysem, dowiedziałam się jak wcześniej pisałam,
wielu faktów dotyczących bezpośrednio miejsca mojego zamieszkania. Moja
rodzina sprowadziła się do Kopytowa w 1974 roku. Obecną posiadłość
odkupiła od wcześniejszych właścicieli. Dom, w którym obecnie mieszkam,
został wybudowany dwa lata później. Pamiętam jak przez mgłę, że gdy
miałam jakoś do 6 lat, bawiłam się w ruinach tego starego domu. Na
terenie mojego podwórka znajdowali się przypadkowi ułani i uciekinierzy
z Poznania próbujący znaleźć schronienie przed Niemcami. Zostali oni
namierzeni przez samolot szpiegowski, który zawiadomił pobliższą baterię
niemiecką, która z okolic Wolicy (miejscowość położona przy Józefowie)
wystrzeliła pociski. Były to trzy pociski, gdzie jeden z nich trafił w
szczyt starego domu i zabił właścicielkę gospodarstwa oraz 9 innych
osób. Poza tym było dużo rannych. Zostali oni zakopani tymczasowo w
miejscu, gdzie obecnie znajduje się mój dom (a wcześniej był to
ogródek). Po kilku dniach rodzina zgłosiła się po ich ciała. Jako
ciekawostkę można uznać fakt iż, kolejny pocisk trafił w przejeżdżający
konwój z pieniędzmi. Pieniądze te rozsypały się po ziemi. Jeden z
mieszkańców nazbierał ich bardzo dużo, a jak wiemy obecnie, banknoty
te nie przedstawiały żadnej wartości. Gdy dowiedział się on o tym palił
nimi w piecu cały dzień... U moich bliskich sąsiadów znajdował się skup
mleka, do którego trzeba było oddawać mleko na kontyngent niemiecki.
Ludność była masowo rewidowana i przesiedlana na roboty
do Niemiec. W trakcie wojny kilkakrotnie partyzantka wysadzała most
kolejowy na Utracie, przez który przejeżdżały pociągi (Warszawa-Berlin)
przewożące żołnierzy niemieckich z frontu wschodniego na urlop do
Niemiec.
W
czasie powstania warszawskiego widoczne były samoloty aliantów, które
zrzucały amunicje i żywność. W ciągu sierpnia i września można było
zobaczyć i poczuć śmierdzący dym napływający ze strony Warszawy.
Wojna
dostarczyła wielu negatywnych wspomnień... Trudno jest nam czasami
uwierzyć w opowiadania naszych dziadków opisujących tamte dzieje.
Przeszłości nie da się zmienić. To właśnie do nas, czyli współczesnego
pokolenia należy uwiecznienie tamtych czasów, po to aby nasi potomkowie
mogliby być dumni ze swoich walecznych i bohaterskich przodków.
Opracowała:
pwd. Monika Psujek
==================================================================
Wywiad z Babcią...
Tomek: Ile miałaś lat jak wojna wybuchła?
Babcia: Siedem.
T: Jak pamiętasz pierwsze dni wojny? Miałaś chyba wtedy iść do szkoły, prawda?
B:
Pierwsze dni wojny, jak to było... Tak, miałam wtedy iść do szkoły, ale
przecież nie poszło się do szkoły. Mój ojciec nie miał pracy wtedy,
woził mleko w bańkach na rowerze do Warszawy, z tego się
utrzymywaliśmy. Zaraz po rozpoczęciu walk aresztowali mojego brata
ciotecznego, wywieźli go do kamieniołomów, on tam zginął. Takie to
łapanki tu były, nadjeżdżały budy, łapali i wywozili do obozów. Nigdy
niewiadomo było, kiedy taka buda podjedzie. Jak już podjeżdżała, to
głównie mężczyźni chowali się szybko.
T: A czym zajmowali się Wasi sąsiedzi?
B:
Też tak samo, to byli rolnicy. Dostarczali zboże do miasta. Ogólnie
wszyscy byli przygnębieni, że taka sytuacja jak wojna. Ciągle te
samoloty latały...
T: A potem, jak Rosjanie zaatakowali?
B:
To już wtedy Powstanie było, jak stali tam za Wisłą. Powstanie...
wieczorem, jak się wyszło, to tylko się słyszało grzmoty, huki od
bombardowań... i jedna łuna na niebie, to u nas było widać, jak się
Warszawa paliła. Każdy był bardzo przygnębiony.
Taki fragment
swojego życia pamiętam, Leszek (przybrany brat babci) miał ze cztery
lata, więc ja osiem... może dziewięć, a Leszek pięć... żeśmy szli
ulicą, żeśmy tam na wsi wtedy jeszcze mieszkali, szliśmy do babci, tam
gdzie kiedyś moja mama mieszkała. Leciał samolot, to tak na nas
pikował, tylko chyłkiem, chyłkiem, przy żywopłocie żeśmy uciekli. Także
wiesz, przecież oni widzieli, że to dzieci, ale nie, nie patrzyli na
to, obstrzeliwali. Tak, to pamiętam bardzo... A poza tym to najbardziej
pamiętam, jak z Niemiec całe transporty szły, ludzie chcieli ratować
swój dobytek, chcieli to wywieźć na wschód. Stały pociąg przy pociągu,
a w tych wagonach było po prostu wszystko: ubrania, meble, biżuteria,
wszystko, co ludzie mogli wynieść. Także ludzie to po prostu kradli. To
też pamiętam, jak obstrzeliwali takiego babci Grędziny (babcia
późniejszego męża mojej babci) brata, kiedy tam poszedł. Zabili go tam.
Jak Rosjanie przyszli... jakież brudasy! W ogóle jak Niemcy szli, tu
był front, to jeden pokój u nas Niemcy zajmowali. A jak już się
wycofywali, to Rosjanie do nas przyszli. To dopiero były kocmołuchy! Bo
Niemcy - pedanci, a ci - brudasy do potęgi. I złodzieje byli, gwałcili
kobiety... w ogóle inna mentalność, inny naród, Rosjanie a Niemcy.
T: Ludzie musieli coś dla nich robić?
B:
Po prostu ktoś z urzędu, nie wiem, z gminy, nakazywali, że tu i tu ma
być tyle ludzi, rozkwaterowywali ich. Trzeba było ich karmić. W każdym
razie jak byli u nas Niemcy, to i słodycze nam dawali, a jak w swojej
kuchni coś gotowali, to i nas częstowali. Był wśród nich jeden
oficer... u nas po podwórku latał czarny kot, a ten żołnierz do niego:
"ty czarna małpo!", na co mój ojciec do niego "o, to pan mówi po
polsku". A on mówi "tak, ja jestem z poznańskiego i umiem po polsku.".
I zaczął płakać. Mówi dalej "ja zostawiłem dwoje dzieci w domu, ale
niestety, muszę tutaj być, muszę walczyć na froncie.". Pamiętam go
dobrze do dziś, wysoki, przystojny, elegancki. Także to zupełnie inna
kultura, co Ruskie - mówię Ci, postronkiem takim tylko przewiązane,
brudasy, złodzieje. W ogóle ludzie bali się ich, bo to kradli. Krowę
potrafili zabrać nawet.
Tak jak była niedawno Jedność Łowiecka, tak
tu był cmentarz, Niemców tam też grzebali. Potem, po wojnie ich
ekshumowali, nie wiem, czy do Rokitna, czy gdzie.
T: A samo Powstanie? Ktoś walczył może z tego regionu?
B:
Tutaj z tego regionu to nie... Poza tym tam u nas w starym domu było
dziewięciu uciekinierów z Warszawy, żeśmy ich przetrzymywali. Gdzieś
byli... z Zielonki, nie Zielonki, nie pamiętam już dokładnie. I jak
uciekli z Warszawy, to właśnie u nas siedzieli... tak ludzie
przygarniali ich.
T: Do szkoły w ogóle nie chodziłaś cały czas?
B:
Nie, później już chodziłam, na Parcelę Święcicką, tam była tak zwana
"wójta szkoła". Były tam klasy, nie takie jak teraz, ale uczyło się
dość normalnie. Później, po wojnie, na Józefów przenieśli.
T: Czym zajmowałaś się tak ogólnie?
B:
Głównie tylko do szkoły chodziłam, czym mogłam się wtedy zajmować. W
każdym razie warunki były tragiczne. Jakby wam ktoś teraz kazał jeść
to, co my wtedy, to dopiero byście zobaczyli! Zupa z zacierkami
pokraszona olejem. Mleko to był rarytas, takie były warunki. To znaczy
nie wiem, może niektórzy mieli lepsze, ale mój ojciec nie miał pracy
żadnej poza tym wożeniem mleka, mieliśmy małe pole, nasadziliśmy tam
ziemniaki, mieliśmy krowę, świniaka żeśmy dochowali, to jakoś się
wiodło, ale ogólnie było bardzo ciężko. Wyobrażasz sobie czasy, kiedy
nie było pieniędzy? Sklepiki były tam na wsi chyba ze dwa, no to takie
podstawowe rzeczy tam, no i oczywiście wódka. A tam, za Polmosem, za
fabryką żeśmy odbierali chleb i marmoladę z czerwonych buraków w
garnkach. Pamiętam, jak tam chodziłam, to po drodze zjadałam pół
bochenka tego chleba z marmoladą. Oczywiście wszystko na kartki. A
mydło! To nie wiadomo było, czy to glina, czy co.
Starsze
chłopaki chodzili do partyzantki, całkiem sporo ludzi ze wsi działało w
jakimś podziemiu. Pamiętam, kiedyś jechał jakiś pociąg, a partyzanci
wysadzili pod nim tory. Boże, jakiż to był straszny huk! Schowaliśmy
się w róg chałupy wszyscy, potem słychać było strzelaninę. Dość często
zdarzały się takie akcje sabotażowe, zwłaszcza tory często
podminowywali, bo to były tory z zachodu na wschód. Zawsze po takim
napadzie chłopi się kryli, bo Niemcy przyjeżdżali od razu i urządzali
łapankę. A u wuja Frączykowskiego kiedyś znaleźliśmy na strychu książkę
o Katyniu i tam było jeszcze napisane, że to sprawka Ruskich. Jak wuj
zobaczył, to zabrał nam od razu; nie wiem, schował czy zniszczył... a
teraz wyszło, że to naprawdę oni.
T: Dochodziły do Płochocina jakieś echa Katynia i innych miejsc zagłady, prawda?
B: Oczywiście, to bardzo przybijało ludzi, ale nie mówiło się o tym za dużo, przynajmniej nie oficjalnie.
T: Czy koniec wojny zaznaczył się w jakiś specjalny sposób?
B:
Pamiętam, jak się kończyła wojna, jak kapitulacja następowała, tutaj
szło wojsko, całe szwadrony. Też do nich strzelali, z samolotów, z
takich małych myśliwców. Dużo zabili tutaj na szosie... A później,
niedługo po wojnie zaczęłam pracować, tam przy MDM-ie (pl. Konstytucji)
odgruzowywałam.
Wywiad przeprowadził:
Tomek
==================================================================
Pani Henryka
-Jak Pani zapamiętała początek wojny?
-W schronie siedziałam. Jak nachodzili nas Niemcy to byliśmy w domu jako
dzieciaki jeszcze bo nas było czworo. Przedtem tatuś świniaka zabił,
pamiętam jak to mięso wszystkie w beczkę soli schowaliśmy. Później
tatuś schron wykopał pod taką topolą wielką. Jak potem Niemcy naszli,
samoloty niemieckie leciały jeden wyszedł, zaczął strzelać Tatuś
nas wszystkich do schronu pod korzeniami. Na naszym podwórzu było
wojsko polskie. Wojna była taka straszna, kazali nam uciekać. Nalot
zrobili na podwórze. Pamiętam że tatuś nie zdążył. Ja z siostrą
poleciałyśmy do sąsiada, a tatuś schował się do studni. Myśmy widziały
jak tatuś się chował. Potem Niemcy zaczęli strzelać było dużo
poznaniaków, myśmy płakały, krzyczały to było cos strasznego. Później
jak była strzelanina to kazali nam się położyć pod fundament bo to był
drewniany dom tych sąsiadów mówi „kładźcie się dzieci pod ten mur bo
kule tak nie przelecą”. Krzyczałyśmy że mamy tatusia w studni. A tu już
Niemcy. On dobry człowiek był jakby mógł to by serce oddał. Złapałyśmy
Go za ręce i mówimy że mamy tatusia w studni. Jeden do drugiego po
niemiecku coś no i pozwolili nam iść. Jeden, poznaniak
był i mówi: „To chodźcie dziewczynki, chodźcie” z siostrą młodszą
poszłyśmy. A to było siatką przedzielone i nie miałyśmy dojścia do
studnie. I krzyczałyśmy „tatusiu, tatusiu…” tatuś usłyszał nasz głos i wtedy wyszedł. Tata wziął drabinę i przez siatkę przeszedł. I ten Niemiec właśnie
nas tak prowadził, bo tam byli wszędzie Niemcy i byli tez żołnierze.
Jak zrobili właśnie ten najazd samolotami na podwórze i podpalili
jeszcze to było później i kazali nam uciekać tata miał naszykowany wóz,
koń. Mama nakładła na wóz, wędliny. To co tam narobiła miodu, wzięła
serdaczki nam wszystko żebyśmy mieli . Myśmy dojechali do Święcic do
szosy i mówią że tam jeszcze gorsza wojna. kazali nam się
wrócić i myśmy się wrócili ale tam już się wszystko paliło? krowy ,psy
konie popalone… wszystko. Kazali nam wszystko zostawić Tylko nam kazali
wyjść no i myśmy wyszli przed wieś i doszłyśmy do takiego
sąsiada no i tam przez noc myśmy byli w oborze i tam było kilka rodzin.
Potem nas wypędzili żeby uciekać znowu. I tam stały te co strzelali...
armaty. Było ich kilka i znów nam się kazali położyć bo znów strzelali,
oj boże to było coś strasznego,. No i tak później strzelanina przeszła
i znów kazali nam uciekać no to pamiętam że myśmy po takich polach szły
byłyśmy głodne okropne to było no i później przez
te pola szliśmy i były pomidory na pól zgnite to każdy łapał żeby po
prostu zjeść coś no i wtedy do Piastowa wypędzili i chłopów zabrali.
Myśmy doszli do takiej pani mamusia płakała, że jesteśmy głodne i ona mówi: „nie
mam nic kochani ja mogę wam ugotować fasolę ale bez soli bo nie mam”
Pamiętam myśmy tak tymi rękoma brały. No i później nie mam tatusia i
było ludzi wszędzie i nie wiem czy to była fabryka czy szkoła był na placu taki duży budynek i patrzę, że tam tatuś jest i patrzę a tam dziura w płoci i
lecę do tatusia jestem w połowie placu, a tu Niemiec krzyczy żeby się
wrócić. No tatuś leci ręce do mnie wyciąga a ten nie… jak szarpnął
tatusia. No i musiałam się wrócić i wróciłyśmy z powrotem do tej pani myśmy
spały na podłogach tak na swoich serdaczkach no i rano nie ma co robić
nie ma wyjścia i potem pozwolili żebyśmy wracali do domu. A tu
popalone, pozabijane o i jedna krowa była gdzieś popalona. poparzona i
gdzieś po łące się kręciła a reszta spalona. A dwie spalone i koń. Ani
jednego okna ani dachu ni słomy.
-A gdzie pani mieszkała ?
-W
Płochocinie tu gdzie teraz. no i mama nie ma gdzie nas położyć i obora
spalona, szopy no i mama posła do sąsiadki bo u niej mniej było no i kuma mówi może moje dzieciaki będą u ciebie spały bo nie mam jej gdzie położyć. Może pójdę do księdza da trochę słomy.
No
i później sąsiadka zamknęła drzwi no i mama pod tymi drzwiami
przesiedziała całą noc. No i nad ranem mama mówi nie ma wyjścia to ja
pójdę do księdza to może da trochę słomy bo sterty były spalone nie ma
nic.
(…)
Mama przychodzi i mówi że nie ma słomy ksiądz
porozdawał bo to nie tylko u nas była taka bieda bo to na okolice i
ludzie wszystko jak to mówią rozebrali. Pamiętam jak to mama płakała
jak się za włosy darła jak to każda matka się martwiła o dzieci i tak
biedowaliśmy. O jakiś czas żeśmy biedowali tak po trochu. Jak to mówią
z wszystkiego się człowiek cieszył a jak się teraz patrzy to nie ma
ludzi zadowolonych mają dobrze a jeszcze chcą lepiej. A jeszcze jak
myśmy wrócili to nie ma co zjeść ale tatuś pamiętał że ma zakopaną
beczkę mięsa.
Nasza kaczka i jedna kura to jest u sąsiadów.
No
okna to nie było tych okien wszystkie wybite nie było pieniędzy. Były
okiennice no i zamykało się te okiennice było ciemno światła nie było
to się paliło lampą naftową później się paliło karbidówkami. Jak tak
pomyślę teraz to cos strasznego i człowiek nie wierzy że takie rzeczy
mogły się dziać . No i tak przeżył .no i później tak już siostra dorosła i później to już 45 roku i światło zaczęli robić i na siostry ślub w 46 roku to sąsiada syn mówi nie martwcie się to ja mam z
tymi do czynienia to ja wam na dzień ślubu podłączę siwa tło no i
wesele było, było ze 40 osób. Potem już gospodarstwo było i znów
zaczęli chować drób, ale były ciężkie czasy.
-Czyli domy były tylko przy Józefowskiej ulicy?
-Nie... były
tu na wsi, a tu były pola myśmy tu krowy pasły .Tu jeszcze Cyganie
wesela robili a teraz przecież całe miasto jest… a tu gdzie kościół był
to taki rów przechodził i jeszcze pamiętam jak sąsiad ja już pracowałam
w 45 roku u Przybyszowej w sklepie w Józefowie chyba tu
po schodkach. W 39 roku byłam w 3 klasie, chodziłam do szkoły do
Święcic, a później tam jest wójta dom i tam chodziłam parę lat i
jeszcze później do Józefowa.
-A Józefów jak wyglądał ? pamięta pani?
-No
pamiętam. tu gdzie są bloki, działki to był plac na buraki, była
cukrownia. No ja pracowałam w tym sklepie 3 lata i to był chyba jedyny
sklep w okolicy. Ja właśnie skończyłam szkolę i ten właśnie pan co mnie
przyjął do pracy był z Warszawy, ale myśmy się zapoznali wcześniej. No
i potem my i nasi rodzice żeśmy się tak zżyli. No i wynajął tu sklep w
Józefowie. Musieli mieć jakąś znajomą dziewczynę żeby zaufać, a że
znali moich rodziców to bardzo chętnie chciał mnie. Miałam 14 lat i
mówiłam że nie pójdę do żadnego sklepu, że ja nic nie umiem, nie wiem.
Ale nalegali bardzo i zgodziłam się. Mam jeszcze paru starych znajomych
i odwiedzają mnie czasem i rozmawiamy, wspominamy. On, ten mój szef
miał żonę z Niemiec, ale ona była starsza od niego . Do dzisiaj się
znamy on już zmarł, ale jego żona przyjeżdża. Później jakiś się do mnie
przyczepił. Przychodził pod drzwi i mój szef mówi: „No bo
tu już chodzi” On Michał miał na imię. No i moja cioteczna siostra mówi
„tu Michał się tak kręci, pogadaj z Nim a nie uciekasz” a ja mówię „po
co mi chłopaki” miałam 17 lat. Ja uciekałam, ja nie chciałam jak
wiedziałam że on już jest to tylko patrzyłam i pytałam się pana Józka
czy Go tam nie ma i zamykałam okiennice. Rodzicom się podobał, bratu
się bardzo podobał ja nie miałam nic do powiedzenia. Teraz to z miłości
się pobierają, ale to nie jest taka prawdziwa miłość. Ja dopiero poznałam jak nam się dziecko urodziło, widziałam dopiero ta Jego miłość to ciepło jak On był taki
dzielny. Przyjechał tu do mamy i siostry. Potem wojna zastała i On stąd
poszedł to wojska i tak tu został bo później nie było dojścia; pisał
listy, pisał i do Czerwonego Krzyża i nie dochodziło, a później jak już
żeśmy się pobrali to mieszkałam rok u mamy, u rodziców, a pół roku mąż
pracował u księży w Ołtarzewie. I przyszedł list do tego domu, gdzie
mieszkaliśmy, patrzę, że on nie był po Polsku napisany tylko chyba po
ukraińsku i zobaczyłam imię: „Michał”. W Ołtarzewie mieszkała taka
kobieta 5 lat 4, i wzięłam ten list, a już miałam małe dziecko i do tej
pani poszłam „wie Pani, co, Pani zajrzy do małego, a ja pobiegnę do
męża, bo list do niego przyszedł” I zaniosłam ten list. Jak on go
zobaczył i nazwisko to prawie upadł, tylko kolega go trzymał (jeszcze
żyje) i powiedział: „niech Pani nic nie mówi, on dojdzie do siebie, bo
ten list jest od rodziców i 20-parę lat jak nie miał od nich
wiadomości” i doszedł do siebie, ale nie mógł czytać tak mu się ręce
trzęsły. Zdenerwował się, bo tęskni za rodzicami. Jak się żenił to nie
miał właściwie nic, bo był w wojsku trzy lata i utrzymywał kontakt
tylko z ciocią i wujkiem, i bardzo ich polubił.
Teraz
sobie jeszcze z bratem porozmawiamy o tym, co jeszcze pamiętamy i się
wymieniamy wspomnieniami. Pamiętam jako dziecko, ale to było straszne,
to było cos strasznego. Teraz jeszcze te kule przypominają mi się i te
armaty i ciała?. A jak się jeszcze szło szosą, a ilu było
żołnierzy w domach, na polach. Prosili żeby im coś dać, bo głodni, bez
ręki albo nóg nie ma. U nas na polu zbierali tych wszystkich żołnierzy
spalonych i zakopywali na naszej działce i połowie sąsiada, przy
sadzawce zrobili im grób. Ja, dziewczynka nosiłam tam kwiatki, grabiłam
to, a później zabierali już ich do Rokitna na cmentarz. Ja sobie nie
wyobrażam, co by było jakby ta młodzież nie przeżyła wojny. Teraz
wszyscy żyją w takim dobrobycie, mają telewizory, radia, komputery i
telefony, a wpierw tak nie było, nie było nic.
Teraz to nie daj Boże!
Mówię to, co pamiętam.
-
Bardzo ciekawie Pani opowiada, naprawdę bardzo dziękujemy. Tyle lat
upłynęło, a Pani wszystko tak dobrze pamięta. Moja rodzina przyjechała
tu dopiero w 1974, wiec nic nie wiedzą.
A kiedyś, jakie budynki były na Wolicy? Tylko pałacyk, prawda?
-Pałacyk
był, tak. Jeszcze takie długie i niskie bloki, teraz już ich chyba nie
ma. Ja miałam koleżanki na Wolicy i Kopytowe, ale wszystkie zginęły.
Były jeszcze takie domy, które dziś wyglądają jak baraki, ale one
naprawdę były zamieszkiwane. Pałacyk to był taki majątek z polami,
stodołami i oborami.
- Teraz tez są, ale takie zniszczone.
-
Gospodarstwa były na każdym podwórzu: obora, stodoła, garaże. A teraz
to już, co innego. Teraz większość tego już porozbierali. W żółtych
blokach, które stoją do dzisiaj, mieszkali robotnicy z cukrowni.
- Bardzo dziękujemy Pani.
- Proszę bardzo, starałam się powiedzieć to, co pamiętam.
opracowanie wywiadu:
Kasia K.
Zapisy wywiadu z panią Henryką
{flv}babcia_michala2_NEW{/flv}
{flv}babcia_michala3_NEW{/flv}
{flv}babcia_michala4_NEW{/flv}
==================================================================
Okupacja w Ożarowie Mazowieckim
Wiele
ciekawych informacji na temat wydarzeń wojennych w Ożarowie można
znaleźć w wydanej przez Urząd Miasta książce „Walka mieszkańców Ożarowa
i okolic z okupantem w latach 1939 – 1945”. Wbrew tytułowi można w niej
znaleźć wiele informacji o codziennym życiu.
Pani Zofia Głodkowska
opisuje eksplozje, jakie miały miejsce po wysadzeniu w powietrze
pociągu z amunicją przeznaczoną dla Niemców. Były to początkowe chwile
wojny. Wybuchy były przerażające, ludzie przez kilka dni nie wychodzili
z piwnic:
Piątek 8 września minął dość spokojnie. Ciągle dochodzili nowi ludzie (do schronu, który znajdował się w miejscu dzisiejszego seminarium duchownego w Ołtarzewie). Ksiądz Jankowski dwoił się i troił, przyjmując wszystkich, rozlokowywał ich, uśmierzał swary. (…) Noc
z piątku na sobotę 9 września była bardzo ciężka. Właściwie już 8
września po południu rozpoczęła się kanonada, potężne eksplozje
wstrząsały powietrzem. Huk był tak straszny, że uciekaliśmy wszyscy do
schronu. Zbiegając z kuchni, przeraziłam się, spoglądając w okno:
zobaczyłam tam morze ognia, a wciąż ponawiające się wybuchy zmusiły
mnie do położenia się plackiem i pełzania powoli do schronu. Nie
wiedziałam co to jest. Ludziom zebranym w schronie wydawało się, że to
niemieckie samoloty bombardują Ołtarzew i Dom Misyjny. Gdy detonacje
się wzmogły, byliśmy przekonani, że to Niemcy wkroczyli na nasz teren i
że zamordują nas w jednej chwili. Tym razem jakiś większy pocisk
uderzył w mur naszego schronu. Zgasły natychmiast wszystkie lampy,
zatrzymały się wirujące u sufitu wentylatory, ciemność zaległa schron.
Mężczyźni stojący przy oknach z łopatami i łomami, przerażeni tym co
się działo, zaczęli domykać okna, chcąc się odgrodzić od czyhającego na
zewnątrz niebezpieczeństwa. Przeraźliwe krzyki wypełniły schron, ludzie
po ciemku próbowali przedostać się do drzwi i naschodź prowadzące do
wyjścia. Mężczyźni klęli, dzieci płakały, przerażone matki trzymające
niemowlęta na rękach tłukły ich główkami o mur, aby przestały płakać.
Zdawało się, że nadchodzi koniec – śmierć. (…)Chyba dawno Ci ludzie
znajdujący się w schronie nie modlili się tak gorliwie. Jeszcze wszyscy
trwali w modlitwie, gdy w progu pojawił się ksiądz Jankowski ze świecą
w ręku, która ledwie migotała. Wszystkie oczy zwróciły się na niego. A
ksiądz oświetlił zamknięte okna i spokojnym, opanowanym głosem
powiedział:
„Proszę
natychmiast otworzyć okna, to nie zabłąkany pocisk wam grozi, ale
uduszenie. Przecież was tu jest kilkaset osób, wywietrzniki przestały
działać, za parę godzin wszyscy będziecie martwi. Mężczyźni niech
pilnują łopat i kilofów, kobiety proszę o milczenie i uspokojenie
dzieci. To jeszcze nie Niemcy idą, to eksplodował pociąg z amunicją
stojący na torach. Wprawdzie całe masy nabojów rozbijają się o mury
Domu Misyjnego, powodując ten ogień i okropny huk, ale tego schronu
zbudowanego z żelaza i betonu nawet bomba nie przebije. A przecież mamy
ufność w Bogu, Matka Boża, której obraz jest wywieszony na zewnątrz na
pewno nas uchroni”. (…)
Kilka osób opisuje konspiracyjną szkołę, w której spędziły wiele lat swojego dzieciństwa, m. in. pani Maria Dąbrowska:
Młodzież
znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Miała dostęp tylko do szkół
podstawowych i zawodowych. Oficjalnie polskie szkolnictwo wyższe i
średnie ogólnokształcące przestało istnieć. Okupantowi zależało na
zniszczeniu wszystkiego, co tworzyło i podtrzymywało kulturę polską, co
budziło ducha narodu i umacniało wiarę w odzyskanie wolności. W tych
warunkach w całym kraju szkolnictwo polskie musiało zejść do podziemia.
Zaczęto tworzyć tajne nauczanie na kompletach gimnazjalnych i
licealnych, co – zarówno nauczycielom, jak i młodzieży – groziło ze
strony okupanta nieobliczalnymi konsekwencjami: więzieniem, wywózką do
obozów koncentracyjnych, a nawet śmiercią.
Losy
całej młodzieży polskiej dzieliła również młodzież w Ożarowie i w
najbliższych okolicach. Ona również chciała się uczyć. W tej sytuacji
istotną rolę spełniały siostry urszulanki SJK, które przed kilkunastu
laty zamieszkały w Ołtarzewie przy ul. Zamoyskiego 21. W połowie 1940
roku siostra Józefa Ledóchowska, główna inicjatorka tajnych kompletów
gimnazjalnych i pierwsza ich dyrektorka, oraz siostra Urszula Górska na
prośby miejscowej młodzieży i same zatroskane o jej losy, zorganizowały
systematyczną naukę według programu szkół średnich ogólnokształcących.
Bardzo ciekawe są fragmenty pamiętnika pani Ireny Siedlaczek-Stefaniak, która w trakcie okupacji była młodą dziewczyną, tak pisze:
Była
w nas ogromna wola życia. Mieliśmy czas i ochotę na spotkania
koleżeńskie, uprawianie dostępnych wówczas sportów, na wspólne śpiewy i
tańce, na zawieranie serdecznych przyjaźni, na przeżywanie silnych
wrażeń, romantycznych przygód, pierwszych, nieśmiałych i nie w pełni
uświadomionych miłości, na spacery przy blasku księżyca (oczywiście po
godzinie policyjnej), wreszcie na dokonywanie niebezpiecznych i
bohaterskich czynów. Wszystko to musiało być naszym udziałem. Po wielu
latach często wracamy do tego najbardziej kolorowego i intensywnego
okresu naszego życia.
7 lipca 1944
Lato
w pełni. Upał. Och, z jaką ochotą popływałabym dziś w gliniankach, ale
nie mam czasu. Od trzech dni wychodzę z domu tylko w sprawach
służbowych. Robota idzie pełną parą. Wyszkoliłam już swoją piątkę.
Dziewczęta są bardzo gorliwe. Wczoraj odbyła się przysięga. Zupełnie
nieoczekiwanie dostałam awans na drużynową sanitarną.
20 lipca
Wczoraj
popełniłam jeden z siedmiu grzechów głównych: obżarstwo. Byłyśmy z
Krysią u państwa Olędzkich i tam objadałyśmy się czereśniami. Były
wyborne, prosto z drzewa. Spotkałyśmy tam oczywiście całą naszą paczkę.
Wszyscy w znakomitych humorach, tylko Zbyszek jakiś nie w sosie.
Czesiek natomiast – czarujący, a Janusz Ś. wprost zabójczy. Rzucał w
moją stronę spojrzenia, niczym groty Amora.
19 sierpnia
Zbyszek
uciekł z obozu w Pruszkowie! Musi się teraz ukrywać. Wczoraj i dziś
nocuje u nas w stodole. A teraz noce są prześliczne. Gwiazd bez liku.
Tego wieczoru, gdy żandarmi zabrali Zbyszka, niebo było wygwieżdżone.
Idąc spać, zatrzymałam się przed werandą i pomyślałam: jeśli teraz
spadnie jakaś gwiazdka – to znaczy, że Zbyszek wróci. I spadła.
Sprawdziło się.
22 sierpnia
Co
za dni! Ciągle jakieś przygody! Mama jest stale zdenerwowana. Boi się o
nas. A ja jakoś nie odczuwam lęku. Oczywiście, jeżeli to dotyczy mojej
osoby, bo o tych, których kocham albo lubię, też martwię się i
niepokoję, gdy ich przez pewien czas nie widzę.
6 października
Leżę
w łóżku i kuruję się. Mam grypę. W „kablu” został założony obóz
przejściowy dla powstańców warszawskich. Jak tylko wstanę z łóżka,
muszę się dostać do tego obozu.
9 października
Nareszcie wykurowałam się i pognałam natychmiast do „kabla”.
13 października
Od
rana do wieczora pracują na terenie obozu ablowskiego. Bez przerwy na
nogach, bez chwili odpoczynku i bez jedzenia. Mimo to praca dla
powstańców sprawia mi wielką przyjemność i daje ogromną satysfakcję.
Dziś, gdy weszłam za druty, chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron i
każdy miał jakąś prośbę. Większość prosiła, żeby im kupić coś do
jedzenia, bo mają sporo pieniędzy, których nie mogą wykorzystać ani tu,
w obozie, a tym bardziej tam, dokąd ich wywiozą. Dawali mi zamówienia
na małych karteczka (miałam ich pełne kieszenie!) i pieniądze na te
prowianty. Jak więc nie zrobić tego naszym kochanym żołnierzykom,
którzy może jutro będą wywiezieni do obozu do Niemiec.
W
Ożarowie istniał też szpital powstańczy, trafiali do niego po upadku
powstania ludzie biorący udział w walkach. O szpitalu opowiadał nam
nasz rozmówca, pan Janusz Orsik. Szpital został założony przez ojca
pana Janusza – pana Antoniego Orsika. Znajdował się w dwóch budynkach.
Jednym na terenie huty szkła i drugim naprzeciwko wejścia do huty po
drugiej stronie głównej szosy – Poznańskiej. Dziś budynek jest
zrujnowany.
Pracę w szpitalu wspomina sanitariuszka, która tam pracowała – pani Izabella Olędzka-Graffstein:
Samopoczucie
poprawiło nam przydzielenie nas do pracy w szpitalu zorganizowanym
przez Radę główną Opiekuńczą dla ludności warszawskiej, która
przedostała się na teren Ożarowa. Lokal przeznaczony na szpital na
terenie huty szkła był zupełnie nieprzystosowany do tego celu. Był
brudny i zaniedbany. Gdy szorowałyśmy podłogę z desek, nasze nogi w
jednej chwili pokrywały się czarna warstwą pcheł. Brakowało
podstawowego wyposażenia: miednic, basenów, konwi do noszenia zupy.
Musiałyśmy przynosić wszystko z naszych domów. Chorzy leżeli na
metalowych łóżkach z siennikami. Często zdarzało się, że ciężej chorzy
np. sparaliżowani zsuwali się z nich i trzeba było dźwigać ich z
powrotem na łóżko, co było dla nas ogromnym wysiłkiem. Wśród chorych
byli ranni, zasypani przez gruz i poparzeni. Pamiętam, jak smarowałyśmy
maścią tranową i bandażowałyśmy starca poparzonego od stóp do głów.
Jednak najwięcej było przypadków czerwonki. Ludzie marli jak muchy.
Przychodząc co rano na dyżur nie zastawałam już tych, którzy zmarli w
nocy, a na ich miejsce pojawiali się ciągle nowi. Dotkliwy był brak
leków. Chorych na czerwonkę leczyłyśmy głównie wywarem ze świeżych
makówek i suszonych liści kobylaku. Wtedy pierwszy i ostatni raz w
życiu kradłam. Kradłam leki, w które świetnie zaopatrzony był doborowy
oddział wojska imienia Hermana Göeringa, walczący z powstańcami, a
kwaterujący w czasie odpoczynku u nas w domu. W naszym parku zbierałam
też wyrzucone przez żołnierzy tego oddziału zakrwawione i zabrudzone
ropą bandaże. Prałam je, gotowałam i przynosiłam do szpitala.
opracowała:
Katarzyna Cackowska
==========================================================================
Wywiad z panem Orsikiem
Wywiad z Panem Januszem Orsikiem zrobiliśmy dosyć nietypowo. Doktorowi Orsikowi nie trzeba było zadawać pytań, żeby opowiadał nam o interesującym nas temacie, czasem tylko trzeba było zwrócić rozmowę na właściwy tor. Pan Janusz Orsik z wykształcenia jest lekarzem, tak jak jego ojciec, choć w czasie wojny nie myślał jeszcze o zawodzie. Gdy zaczęła się wojna miał 11 lat. Mieszkał i uczył się w Ożarowie. Działał w Narodowej Organizacji Wojskowej, był za młody, żeby wstąpić do AK. Trzy razy w czasie wojny musiał uciekać do Łodzi.
Warunki ekonomiczne w czasie wojny były niedostatnie. Choć rolnicy mieli dobre plony to musieli oddawać kontyngenty Nazistom. Było problemy z żywnością. Chleb przywożono z Pruszkowa i Błonia, gdzie były piekarnie. Świnie były kolczykowane i tworzono spis, ubite trzeba było odstawiać do skupu, ale... jak to ładnie i z uśmiechem powiedział nasz rozmówca: „Różne były numery jakie się Niemcom robiło, my mamy Naród obrotny i sprytny - pomysłowy”. Ojciec Pana Orsika, jako miejscowy lekarz spotykał się z dużą ilością ludzi. Od jednego z pacjentów kupił małego świniaka i hodowali go w piwnicy razem z sąsiadami. Przyznaje, że najtrudniejsze zadanie w hodowaniu mięska na nóżkach, to było ukrywanie zapachów jego odchodów. Wiadomym było, że gdyby ich złapano nie mieliby lekko. W Ożarowie, tak jak i w Warszawie byli folksdojcze, ale Doktor Orsik uważa, że na wiele spraw patrzyli „przez palce”, bo przecież wiedzieli o tajnym gimnazjum – musieli wiedzieć (Gimnazjum u Sióstr Nazaretanek). „Byli mniej i bardziej ludzcy” – powiedział Pan Janusz. Choć to w dużej mierze zależy od człowieka. Jeśli był Niemieckim nacjonalistą, to niestety… Był kiedyś taki wypadek: W nocy na dwa dni przez Zielonymi Świątkami ochrona fabryki kabli („Kabla”) złożona z Verkschutzów, czyli głównie z folksdojczów, została ostrzelana. Jeden z nich został ranny. W Zielone Świątki zorganizowano łapankę na terenie Ożarowa i okolic. Wiadomo o jednej ofierze śmiertelnej. Na Piotrkowie było wesele, Niemcy otoczyli gości. Pan młody próbował uciekać, niestety nie udało mu się – zginął. Złapani byli wywożeni do Majdanka i Treblinki. Część z nich wróciła.
Msze były w domu prywatnym. Kto się zmieścił to był w środku, reszta na zewnątrz. W późniejszym okresie wojny powstała kaplica przy domie Księży Pallotynów, gdzie na Wielkanoc odbywała się procesja. Pan Orsik wspomina jak Ksiądz z monstrancją szedł pod baldachimem, a chłopaki rzucali w pole granaty trzonkowe (musi być hucznie w końcu). „Ksiądz aż przysiadała pod tym baldachimem”.
Granatowa policja w części pomagała Niemcom, ale były wśród nich także „wtyczki” AK. Ci ludzie łagodzili spory z Niemcami i pomagali miejscowym. Verkschutze – głównie ochrona kolei. Był wśród nich szczególny okrutnik – Dybul. Lubował się w strzelaniu do tak zwanych „Kiciarzy”, czyli ludzi kradnących dobra z niemieckich transportów. Węgiel, cukier i wszystko co się tylko dało, czasem udawało się dostać konserwy, które były niezwykle cenną zdobyczą (wiadomo, że konserwa wojskowa nie ma określonego terminu przydatności…).
Pan Janusz musiał pracować w Warszawie przy kopaniu dołów przeciwczołgowych na Marymoncie. Wspomina naloty Radzieckich lotników. Jednego dnia razem z innymi robotnikami musieli uciekać aż trzynaście razy! Pewnego razu gdy biegli do okopu (tzw. „zygzaku”) pilnującemu ich Niemcowi puściły nerwy i zawrócił Pana Orsika i jego dwóch kolegów., grożąc przy tym pistoletem. Nie mieli wyjścia, pochowali się w płytkich dołach przeciwczołgowych. „Co to mówić, że człowiek się nie bał? No bał się! Z tym, że co ja mogłem zrobić? Leżeliśmy w okopie przeciwczołgowym, twarzą do tych samolotów i tylko szpadlem – no bo zawsze to trochę metalu – łeb nakrywaliśmy”.
opracował
Dawid Kazusek
Wywiad z panem Orsikiem
{flv}j_orsik1_NEW{/flv}
{flv}j_orsik2_NEW{/flv}
{flv}j_orsik3_NEW{/flv}
==================================================================
Wspomnienia 5-latka...
O Ożarowie i jego okolicach opowiada Władysław Lipiński.
„Dużo osób zostało zastrzelonych przez żandarmerię.
Później, jak pamiętam, po okupacji zostały szczątki wykopane”.
Hm. Władysław Lipiński wybuch wojny wspomina jako pięciolatek.
Na terenach Ożarowa stacjonowało kilka oddziałów Żandarmerii oraz „Granatowej Policji”.
Granatową
Policję, jak wspomina druh Lipiński, w Ożarowie tworzyli w większości
mieszkańcy terenów dzisiejszej Gminy. Policja granatowa pozostawała
obojętna dla mieszkańców miasta pomimo przedwojennych powiązań. Ulice
miasta i okolicznych miejscowości świeciły pustkami. Chleb przywożono z
Błonia oraz Pruszkowa.
Podróż
odbywała się pieszo lub zaprzęgniętymi furmankami. Za zimową rozrywkę
służyły łyżwy i lodowiska na licznych w gminie gliniankach. i stawach.
Na teranie miasta znajdowało się kilka magazynów z bronią, nie tylko
niemieckie ale również organizacji konspiracyjnych.
Wybuch
wojny i bombardowania początkowe były zaskoczeniem dla mieszkańców.
Początkowo wypadały szyby z okien, tłukły się naczynia. Przestraszona
ludność uciekała.
Tutejsza
szkoła została zaadoptowana przez niemieckie Hitlerjugend. „Pamiętam,
że w szkole jak chodziłem była przerwa. Niemiecka szkoła w niej była.
Folksdeutche? Junge? Junge… Hitlerjunge. Tośmy z nimi ciągle walczyli.
- Walczyli?
Bili się
(…)
Pierwsze piętro i parter to oni zajmowali.
W
budynku Huty szkła znajdował się szpital polowy. Przewodniczącym lub
ordynatorem tego szpitala był ojciec Janusza Orsika, dr Antoni Orsik.
Ciała poległych i zmarłych od ran „składowano” w piwnicach głównego
budynku huty.
Niemcy w Ożarowie.
W
budynku dzisiejszego Urzędy Miasta i Gminy znajdowała się siedziba
żołnierzy niemieckich. Tu także znajdował się skład broni oraz
niemieckie zapasy.
Samych
żołnierzy niemieckich druh Lipiński wspomina jako normalnych ludzi,
tęskniących za swoją ojczyzną i nie czujących do Polaków żadnej
nienawiści. Za najgorszych uważa oddziały ukraińskie wcielone do armii
III rzeszy.
„Pamiętam jak stali na ulicy i sprzedawali papierosy i chleb
(…)
to
pamiętam jak Niemcy już uciekali. Jeden zeskoczył z furmanki, pistolet
i na moich oczach zabił człowieka, za nic, po prostu za nic. Za mocno
się patrzył na nich czy co. Za nic, za nic.”
Uciekający z warszawy Niemc
wywiad przeprowadził:
Dawid Kazusek
opracował:
Łukasz Wysocki
Wywiad z Tadeuszem Lipińskim
{flv}t_lipinski1_NEW{/flv}
{flv}t_lipinski2_NEW{/flv}
{flv}t_lipinski3_NEW{/flv}
==========================================================
„I więcej pociągów nie było”
Tak rozpoczyna się wywiad z
Ryszardem Ossowskim, mieszkańcem Ożarowa przybyłym na te ziemie w dniu wybuchu
Powstania Warszawskiego.
Urodzony w 1930 roku powojenny
geodeta.
Ożarów po swoim przybyciu opisuję
jako zwyczajną wieś rolniczą. Trochę gospodarstw, parę magazynów kolejowych
przy torach, zakłady drzewne, fabryka kabli pracująca dla niemieckiej machiny
wojennej i stojące na bocznicy kolejowej ogromne działo kolejowe przez
miejscowych zwane żartobliwie „Bertą”. „U nas na stacji stała ta gruba „Berta”
jak oni ją nazywali, co piętnaście minut stała i strzelała w stronę
Warszawy(...) co jak strzelili to się dach do góry unosił i osiadał z
powrotem”. W Ożarowie stacjonowały dwa oddziały żołnierzy niemieckich, jeden
był oddziałem wermachtu drugi zaś SS - elitarnej
niemiecka formacji.
Żołnierzy
wermachtu wspomina jako zwyczajnych ludzi. Tęsknili oni za swoją ojczyzną, gdy
przychodziły wiadomości złe z ojczyzny płakali. Nie byli oni źle nastawieni do
Polaków. Wypełniali tylko swoje rozkazy.
W
kilkanaście dni po rozpoczęciu powstania ziemia ożarowska drżała i jęczała od
odgłosów silników lecących na pomoc Warszawie alianckich samolotów. „W
Pruszkowie stała przeciwlotnicza” Mimo ochrony ze strony eskortujących
myśliwców samoloty wciąż były narażone na zestrzelenie. Kilka samolotów udało
się Niemcom trafić. Wsparcie alianckie przybywało aż z bazy lotniczej w
odległych południowych Włoszech. „I tak to trwało do końca powstania”. Po
podpisaniu aktu kapitulacji Powstania w ożarowskim dworku Reichertów Niemcy
rozpoczęli przerzut wojsk w celu spacyfikowania ludności Ożarowa i okolic. 17
stycznia Niemcy wynieśli się z okolicznych terenów uciekając w stronę ojczyzny.
Niemcy
uciekający z Warszawy ginęli od pokładowej broni z Radzieckich samolotów.
„17
stycznia pierwsze co to myśmy spotkali, jak jedzie motocyklista na motorze z
koszem, rękę miał na temblaku i to pierwszy był polski żołnierz który wjechał,
był w wyzwolonym Ożarowie”
Zamiast
drewnem palono w piecach suszonymi głąbami kapusty. Był to środek bardzo
srogiej zimy. Zamiast po mostach samochody przedostawały się przez Wisłę po
zamarzniętej wodzie.
W
Ołtarzewie znajdowały się tajne komplety nauczania lecz, jak wspomina nam pan
Ryszard, chodzili na nie tylko ci zamożniejsi. W budynku dzisiejszego
seminarium duchownego znajdował się niemiecki szpital. W fabryce kabli obok
zakładów znajdował się obóz przejściowy dla ludzi wywiezionych z Warszawy po
1939 roku i wywożonych do pracy w Niemczech.
„Tu tak
jak wszędzie było bardzo ciężko(…)każdy musiał się starać”.
=============================================================
-Ile miał, Pan lat, jak się
zaczęła II wojna światowa?
-Ja jestem z lipca, 27 rocznik, a
wojna się we wrześniu rozpoczęła, miałem 12 lat.
-O czym ludzie myśleli, gdy się
rano budzili?
-Żeby przetrwać i chociaż tego
chleba suchego zjeść i czymś popić;
-A jak Pan spędzał wolny czas?
-Wtedy? Nie spędzałem, bo moi
bracia poszli rok po wybuchu wojny na roboty do Niemiec. Janek miał wtedy 17
lat, Klemensa wzięli później, ja musiałem zostać w domu jak najdłużej.
-Gdzie Pan mieszkał podczas
wojny?
- W Borzęcinie.
- Jak wyglądały codzienne relacje
z rodziną?
- Każdy siedział i płakał, bo bał
się, że nas powystrzelają, całą rodzinę.
- Czy miałeś czas na
zainteresowania?
- Nie. Gdzie tylko cos robili to
wołali żeby kopać okopy i to wszystko. 4 lata chodziłem do Zaborówka na okopy..
- Na co dzień?
- Po zmroku wychodziłem i po
zmroku wracałem. Rano czekało na mnie pole, gospodarka, ktoś to musiał robić.
Zostało nas dwóch, a dwóch było w Niemczech ponad dwa lata.
- Nie był Pan harcerzem?
- Nie! Wtedy to nie daj Boże!
Partyzanci raz zadziałali, jakaś akcja, nie pamiętam.. ale obstawili całą wieś
i przyjechał niemiecki czołg i wszystkich złapali, rozstawili w rzędzie i
powystrzelali, nawet sołtysa wzięli, miał syna 26 lat..
Albo wiązali drutem kolczastym i
kijami bili, do śmierci, aż zabili. A starszych na zachód wywozili, do Niemiec
na roboty, nawet mój ojciec;
Najgorzej przeżyłem 8/9 wrzesień
jak wchodzili Niemcy. Wszystko było, krowy stały na polach, w oborach a oni szli
i mięli bagnety i wszystkich wypędzali. Szli a Pilaszków, Orły i Łaźnie.
- Dziękuję za tych parę słów.
- Ja również dziękuję za
wysłuchanie.
========================================================
Wspomnienia
bohaterów naszych wywiadów ukazały nam życie, w którym trudno byłoby
się wtedy odnaleźć-nam żyjącym w XXI wieku. Ich życie było trudne, nie
mieli (tak jak my teraz i często tego nie doceniamy!) powszechnego
dostępu do nauki. Mieli trudne warunki życia, ale mimo wszystko chciało
się im pracować. Nie było mowy o tym, aby siedzieć bezczynnie i patrzeć
jak okupant zajmuje nasze terytorium. Fakt faktem, w naszym regionie
nie miały miejsca wielkie potyczki wojskowe, jednakże ludzie chcieli
walczyć i walczyli poprzez np. wykradanie towarów przeznaczonych na
kontyngent niemiecki. Może dla niektórych współczesnych wydaje się to
nic nieznaczącym gestem, ale to była walka zwykłego człowieka, który
mimo braku narzędzi i wyszkolenia chciał walczyć i to robił! Ważne było
uczynienie czegokolwiek co przysporzyłoby kłopotów okupantowi. To
właśnie była ich służba dla naszej obecnie niepodległej Polski. Ludzie
w tym okresie bardzo często nie mieli pełnej rodziny z powodu łapanek,
emigracji, śmierci... Wtedy to rozwinęła się pomoc sąsiedzka. Wszyscy
pomagali sobie jak tylko mogli. Jeden z naszych rozmówców wspomina, że
to był chyba jedyny (jeżeli można to tak nazwać) pozytywny aspekt całej
sytuacji, ponieważ ludzie nie stronili od siebie tak jak teraz,
stosunki międzyludzkie ulegały zacieśnianiu. Życie ich było trudne, ale
swoim postępowaniem dali nam świadectwo tego jak należało postępować.
"Zwyciężyć i osiąść na laurach to klęska. Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo."
Józef Piłsudski
|