Home
Józefowianka PDF Drukuj Email
Materiały - Do przemyśleń
Wpisany przez Anna Karwowska   
poniedziałek, 06 kwietnia 2009 20:54
(opowieść o początkach osady*) 

Pierwszą rzeczą jaka uderzyła mnie po przyjeździe to tej zapomnianej przez Boga i ludzi osady, była wszechogarniająca szarość. Koła dyliżansu co i rusz grzęzły w błocie gościńca, a pokrzykiwania woźnicy przyciągały okoliczną biedotę. Wychodzili z domów popatrzeć na to niecodzienne widowisko. Nie miałam im tego za złe, dyliżans był tu pewnie jedną z nielicznych atrakcji. Na ich utrudzonych twarzach widać było zaciekawienie. Parę umorusanych dzieciaków oderwało się od matek biegnąc z krzykiem za powozem. Domy, które obserwowałam z okna przedstawiały żałosny widok. Małe i zgarbione, jakby chciały zapaść się pod ziemię. Murowane ściany były tu rzadkością. Podobne widoki można było oglądać na warszawskiej Pradze, ale tam nieustanny rwetes czynił je bardziej znośnymi. Dlatego cisza wydała mi się z początku przekleństwem tego miejsca. Jedynym jasnym punktem w tej zagubionej wśród pól osadzie, były niewątpliwie budynki cukrowni zakupionej parę miesięcy temu przez Towarzystwo Akcyjne Fabryki Cukru i Rafinerii. Członkiem tej dobrze prosperującej spółki był mój świeżo poślubiony małżonek. Miał objąć posadę inżyniera w Józefowie, niewielkiej osadzie, która wzięła swą nazwę i rację bytu od cukrowni.

Nie oczekiwałam wiele po mrukliwym małżonku, i beznadziejności osady, w której mieliśmy zamieszkać. Kobieta z niewielkim posagiem nie ma zbyt wielu możliwości wyboru. Liczyłam jednak na to, że małżonek-ignorant zostawi mnie i moją muzykę w spokoju. Wtedy mogłabym żyć nawet na pustyni.

Konie zatrzymały się wreszcie przed okazałym budynkiem. Był zdecydowanie większy niż chaty napotkane po drodze, i sprawiał wrażenie znacznie solidniejszego. Otoczony był niedużym ogródkiem, którego furtkę przytrzymywał właśnie mężczyzna wyglądający na ekonoma.

-Dobry wieczór państwu! Czekamy już od godziny. Moje uszanowanie panie inżynierze. Witam piękną panią inżynierową. Jestem Karpowicz, zarządca dóbr Towarzystwa Akcyjnego. Zapraszam do środka na kolację. – nie przerywając oracji wprowadził nas po kamiennych schodkach do domu. – To państwa mieszkanie. Skromne jak na Warszawę, ale zapewniam, że Towarzystwo postarało się o wszelkie wygody. Po kolacji przedstawię pani służbę. Kucharka i pokojówka służyły onegdaj na dworze, znają się więc na swojej robocie. Mniemam, że jesteście państwo zmęczeni podróżą. Cóż, drogi nie są tu najlepsze, ale za to widoki! Droga pani, takich to daleko by szukać.- zakończył z rozmarzeniem rządca.

-To ciekawe co pan mówi, jakoś nic prócz szarości i przygnębienia jeszcze nie widziałam.

-Ach, artystka! Droga pani, zapewniam – nie ma nic piękniejszego niż nasza Utrata wiosną. Jak wierzby zakwitną sama pani przyzna mi rację. – zapewnił Karpowicz.

Na podobnych uprzejmościach minął cały wieczór. Skonana udałam się do sypialni, oglądanie domu zostawiając na następny dzień. Niewiele ciekawiło mnie moje nowe gospodarstwo, a okolica jeszcze mniej. Józefów jawił mi się jako pogrążona w swoich smutkach osada, gdzie żyje się z dnia na dzień. 

Mijał tydzień za tygodniem, a ja przywykłam do powolnego rytmu zajęć. Kucharka i pokojówka wyręczały mnie praktycznie we wszystkim, a mąż znikał na całe dnie, wymawiając się nawałem pracy w fabryce. Z początku próbowałam grać na pianinie, ale muzykowanie do ścian szybko mi się znudziło. Tęskniłam za wieczorkami kulturalnymi, które mój ojciec urządzał w Warszawie. Wpadali na nie jego współpracownicy z rodzinami, a ja z siostrami zabawiałyśmy gości.

Kiedy zaproponowałam mojemu mężowi, że moglibyśmy urządzić podobne spotkania w naszym salonie, spojrzał na mnie jak na ostatnie dziwadło. Nigdy nie rozumiał mojej pasji do muzyki, a ja z kolei jego niezrozumienia dla sztuki. Był pozytywistą z krwi i kości. Liczyły się tylko działania przynoszące wymierny pożytek i restrukturyzacja fabryki. Tak między Bogiem a prawdą, miał trochę racji. Kogo zresztą miałabym ukulturalniać? Nadęte żony dyrektorów cukrowni, które interesowały się jedynie ceną warzyw na targu, czy też ich mężów - ignorantów? Mogłam zabawiać więc jedynie swoją służbę. Chociaż trafiali mi się też inni słuchacze...

Któregoś dnia grając przy otwartym oknie usłyszałam nagle dziwny chrobot za plecami. Gdy odwróciłam się przestraszona, ujrzałam wychylającą się z zza parapetu jasną czuprynę, a pod nią dwoje bystrych oczu. 

Z oddali słychać było krzyki pozostałych urwisów, którzy wzięli nogi za pas, gdy tylko przerwałam grę. Herszt bandy jednak najwyraźniej się mnie nie obawiał.

-Podoba ci się muzyka Chopina? – zapytałam chłopca podchodząc do okna.

-Przecież to pani grała. – odpowiedział rezolutnie.

-Tak, ale grałam muzykę pianisty, który wychował się w tych stronach. Musiał bardzo podziwiać te wasze pola i łąki. Pełno ich w jego muzyce. 

-Całkiem nieźle pani idzie to muzykowanie, choć nic pani jeszcze nie widziała.– odparł beztrosko, a widząc moje oburzenie, szmyrgnął w krzaki nim zdążyłam się obejrzeć.  

Wizyta chłopca natchnęła mnie to częstszych spacerów. Sama zaczęłam wypuszczać się na przechadzkę wzdłuż głównej drogi osady. Szybko nauczyłam się na pamięć twarzy zwolnionych z fabryki robotników, których jedyną rozrywkę było wystawanie przed sklepem kolonialnym. Okolicznym umorusanym urwisom rozdawałam cukierki, na co ich oczy iskrzyły się taką radością, jakby dostawali w podarunku prawdziwe złoto. Mieszkańcy witali mnie uśmiechami i odchyleniem czapki. Na ich twarzach wyczytać można było trudy, ale i swoistą dumę. Mąż zapewniał mnie, iż najnowocześniejsza w Królestwie Kongresowym cukrownia to nie byle co. Nie tylko utrzymywała tych wszystkich ludzi, ale była też sensem ich istnienia.

Byłam już praktycznie przekonana, że znam wszystkich mieszkańców, kiedy na jednym ze spacerów podeszła do mnie skromnie ubrana młoda kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam. 

-Mam przyjemność z panią inżynierową, prawda? – zagadnęła, a gdy przytaknęłam zdziwiona, powiedziała – Nazywam się Marianna Łabęcka. Jestem żoną miejscowego nauczyciela. Proszę się nie gniewać za tę bezpośredniość, ale tu wszyscy znają wszystkich, nic się długo nie uchowa w tajemnicy, a już zwłaszcza przyjazd kogoś nowego. Mieszkam tu już od roku, wiec chętnie posłużę pani za przewodniczkę. Czy widziała już pani naszą rzekę Utratę? Nie? Musiała pani jednak wybrać się na przechadzkę na pobliskie łąki. Są takie piękne o tej porze roku. 

-Prawdę powiedziawszy nic jeszcze nie obejrzałam. – wtrąciłam z wahaniem.

-Naprawdę?! Jak to możliwe? Tyle tu uroczych zakątków! To nic, ja panią oprowadzę i opowiem o mieszkańcach. To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność!

Umówiłyśmy się na następny dzień. Cieszyłam się, że wreszcie jest ktoś chętny i mający czas by pokazać mi okolicę. Nie spodziewałam się zobaczyć cudów, ale lepsze to niż snucie się z kąta w kąt po pokojach. 

Nazajutrz Marianna zjawiła się cała w skowronkach. Zaprowadziła mnie gościńcem, i dalej polną drogą wśród łąk nad rzekę, porośniętą po obu stronach wierzbami. Ciepłe powietrze zwiastowało zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę, a drzewa zaczęły już wypuszczać pierwsze pąki. Ptaki ćwierkały radośnie, i nawet rwąca w tym miejscu rzeka nie była w stanie zagłuszyć ich śpiewu. Wtedy chyba po raz pierwszy naprawdę zobaczyłam Józefów. Jego cichy urok, prostotę przyrody, i piękno, 

o którym łatwo było zapomnieć w codziennej krzątaninie. 

-Wiedziałam, ze się pani spodoba! – wykrzyknęła Marianna widząc mój zachwyt - Nad Utratą wychował się przecież sam Fryderyk Chopin. Z tych okolic czerpał inspiracje, a jego wszak nie można posądzić o brak wyrafinowania. Unieśmiertelnił tę ziemię poprzez swoją muzykę.

Spacerowałyśmy wśród łąk aż do zmierzchu, który ozłocił pola ukazując mi widoki, których próżno by szukać w wielkim mieście, a które do tej pory tak adorowałam.

W Mariannie znalazłam prawdziwą bratnią duszę, bardzo zaangażowaną w sprawy osady. 

Jej mieszkańcy nie narzekali na biedę – fabryka zapewniała utrzymanie, które zaspokajało ich podstawowe potrzeby. Prawdziwym problemem był brak perspektyw dla młodych ludzi. Szkoła była mała i miała tylko jednego nauczyciela, którym był mąż Marianny. Ten zresztą potrafił nauczyć uczniów jedynie pisania i rachowania. Lekcje muzyki czy literatury, czegoś co mogłoby nadać ich życiu jakiś cel, były jedynie mrzonką. 

Uczniowie kończyli zwykle edukację na czwartej klasie, by zatrudnić się jeszcze jako dzieci 

w fabryce. Wpadali w kierat pracy i życia z dnia na dzień. Zapominali nawet w jakim pięknym miejscu przyszło im żyć. Marianna boleśnie to odczuwała. Sama pochodziła z biednej rodziny i gdyby nie determinacja jej rodziców oraz zaangażowanie nauczycieli, skończyłaby pewnie jako szwaczka nie mająca pojęcia kim był Chopin.

-Mam pomysł. – zagadnęła mnie Marianna podczas jednego z naszych wspólnych spacerów. 

-Co powiedziałaby pani na zorganizowanie czegoś na kształt świetlicy dla robotników fabryki? Mogłybyśmy urządzać koncerty, odczyty, lekcje geografii czy szydełkowania dla młodych kobiet. W fabryce jest parę wolnych pomieszczeń, które mogłybyśmy zaadoptować na nasze potrzeby. Myślę o tym już od dawna, ale nie znalazłam dotąd osoby, która miałaby czas, ochotę i umiejętności by się tego podjąć. Pani wydaje się idealna! Wykształcona i pełna zapału. Pragnę pomóc tym ludziom jak umiem. Stworzyć im perspektywy rozwoju, aby nie byli ograniczeni przez brak możliwości.  

Pomysł Marianny wydał mi się z początku szalony. Dwie kobiety pokazujące tym zapracowanym ludziom lepszy świat! Oni nie będą chcieli nas nawet wysłuchać! Poza tym, co na to władze fabryki, nie mówiąc już o moim własnym mężu, który uzna to z pewnością za kolejna fanaberie miastowej damulki! Nie miałam jednak nic lepszego do roboty, a nie chciałam rozczarować mojej nowej i prawdopodobnie jedynej, na jaką mogłam tu liczyć przyjaciółki. Marianna zobowiązała się zmusić męża, aby przekonał dyrektorstwo cukrowni. Mi pozostawało przekonać jedynie inżyniera.

O dziwo, udało się bez oporu. Mój małżonek sam był zatroskany losem młodych pracowników fabryki, którzy pozbawieni jakichkolwiek konstruktywnych zajęć poza pracą, wpadali w marazm i pijaństwo. Ofiarował się przekonać władze do dofinansowania naszego przedsięwzięcia i zachęcenia do niego robotników.

Razem z mężem Marianny i paroma pracownikami przygotowali pomieszczenia, zakupili potrzebne umeblowanie i niewielkie pianino, a za fundusz, który utworzyły władze fabryki, udało nam się stworzyć skromną bibliotekę. Z wolna udzielił mi się entuzjazm Marianny.

Prace pochłaniały nam mnóstwo czasu, ale nie zapomniałam o pięknie łąk i pól, rozciągających się tuż za węgłem ostatniego domu ulicy. W dzień spacerowałam często sama. Wieczorami zaś towarzyszył mi mąż. Nasze przechadzki wkrótce stały się codzienną rutyną.

Fabryczna w blasku księżyca i ciszy jakiej nie można uświadczyć w mieście, sprawiała nieziemskie wrażenie. Z okien domów padał słaby blask lamp naftowych, gdyż elektryczność uświadczyć można było jedynie w fabryce. Powietrze było krystalicznie czyste, a od pól niósł się zapach żyta. Wkrótce przestałam tęsknić za miastem, a cisza mojego nowego domu przestała mi doskwierać. Powoli przestałam myśleć, że można żyć inaczej. 

Na otwarcie świetlicy zaplanowałyśmy z Marianną koncert muzyczny. Repertuar stanowić miały głównie utwory Chopina, które poprzedzać miała prelekcja. Marianna uparła się, że to ja powinnam ją wygłosić. Wtedy nie wiedziałam jeszcze czemu tak jej na tym zależało.

Dzień inauguracji świetlicy wspominam jak przez mgłę. Przygotowania trwały od wczesnego ranka. Tekst na wstęp przećwiczyłam chyba tysiąc razy, aż znałam cały na pamięć.

Bałam się, że niewiele osób może zainteresować się koncertem, ale przyszło tyle ludzi, że zabrakło miejsc! Sala wypełniona była po brzegi, a wiele osób musiało stać w przedsionku.

Kiedy wreszcie wszyscy ucichli, wstałam drżąc ze zdenerwowania, i tak, aby mogli mnie słyszeć wszyscy, zaczęłam mówić. 

Opowiedziałam o moich pierwszych odpychających wrażeniach z przyjazdu do osady. O tęsknocie za domem, którym do tej pory było wielkie miasto. O tym, jak spotkałam Mariannę, bez której świetlica nigdy by nie powstała, a która pokazała mi prawdziwe piękno Józefowa. Mówiłam o spokoju, ciszy i prostocie jakie tu odnalazłam. O życiu, jakiego pragnę się od nich nauczyć. Wypełnionego pracą, a nie pustymi rozrywkami. Życia, które donikąd się nie śpieszy, i które przeżywa się pełniej. 

Opowiedziałam też o tym, czym chciałabym się z nimi podzielić - moją ciekawością świata i sztuki. Tym wszystkim, czym można wzbogacić również ich życie.

Kiedy skończyłam zobaczyłam w oczach wielu łzy. Z ich szczerych twarzy wyczytać można było wzruszenie. I chyba wdzięczność, że ktoś docenił ich życie.

Marianna podeszła do mnie z uśmiechem i uścisnąwszy mi rękę powiedziała:

-Chciałam żebyś poczuła to, co ja zrozumiałam już dawno temu. Nie jest łatwo pokochać nowe miejsce, zwłaszcza tak niepozorne jak to, w którym przyszło nam żyć. Sądzę jednak, iż problem większości ludzi polega nie na tym, że mają za mało, ale na tym, że tego nie doceniają...  



*materiał historyczny zaczerpnęłam ze strony www.polmosjozefow.pl
 

Czytaj też...

Designed by Templatka.pl